Sunday, 28 December 2014
Wednesday, 24 December 2014
Karp pieczony w piwie
U mnie w domu już trzeci rok z rzędu jest taki karp. Znalazłam ten przepis w starym numerze 'Kuchni" i bardzo wszystkim polecam. Najpierw kupujemy karpia, najlepiej filety - ja miałam prywatnie sprowadzonego z Mazur. Potrzebne jest pół litra piwa i dwa pory na 1,5 kg karpia. Piwo musi być jasne i najlepiej około 4%, bo mocniejsze za bardzo zdominuje smak potrawy.
W żaroodpornym naczyniu układamy kawałki ryby, posypujemy czosnkiem przeciśniętym przez praskę. Obkładamy cebulkami lub cebulą i porami, pokrojonymi w talarki ( tylko białe części, oczywiście). Zalewamy to piwem zmieszanym z musztardą. Dusi się w piekarniku około godziny, pod koniec dodaje się śmietanę i zdejmuje pokrywkę.
![]() |
| Making a carp in beer with leeks |
Potrzebna jest też szklanka śmietany, musztarda- 2 łyżki ( w przepisie jest pikantna, ale ja dałam miodową ). Oprócz tego trzy ząbki czosnku i małe cebulki "szalotki", które zastąpiłam zwykłą cebulą tym razem. Karp, pokrojony w dzwonka lub pasy, zostaje obsmażony, posolony i popieprzony ( przed obsmażeniem). Musiałam wypić to piwo do końca i może wyrażam się nieskładnie :))
W żaroodpornym naczyniu układamy kawałki ryby, posypujemy czosnkiem przeciśniętym przez praskę. Obkładamy cebulkami lub cebulą i porami, pokrojonymi w talarki ( tylko białe części, oczywiście). Zalewamy to piwem zmieszanym z musztardą. Dusi się w piekarniku około godziny, pod koniec dodaje się śmietanę i zdejmuje pokrywkę.
![]() |
| Christmas 2014 |
![]() |
| Love and Peace for the Animals all over the world |
Wigilia to szczególny dzień, w którym chrześcijanie cieszą się, bo Bóg urodził się na Ziemi. Ważne jest żebyśmy pamiętali że narodził się wśród zwierząt w stajni, co uczy nas że zwierzęta są naszymi przyjaciółmi i powinniśmy je szanować i nie zadawać im bólu.
Najlepsze życzenia dla Wszystkich! Wesołych Świąt !!! Merry Christmas!!!
Saturday, 20 December 2014
Wednesday, 10 December 2014
Wednesday, 3 December 2014
Saturday, 29 November 2014
W krainie historii
Wczoraj, podczas załatwiania w mieście kilku spraw, poszłam do Muzeum Archeologicznego w Warszawie. Byłam tam pierwszy raz w życiu, chociaż jestem urodzoną warszawianką i stale tu mieszkam. Jakoś jednak nigdy tam nie trafiłam, a okazuje się że to miejsce jest bardzo fajne. Muzeum jest przy Długiej, choć właściwie to jest już Plac Bankowy. Między kinem Muranów, Starbucksem i nowym wybiegiem dla psów. Poszłam żeby obejrzeć wystawę tkaniny artystycznej Marii Gostylii - Pachuckiej, którą mi ktoś polecił, ale wyszło tak że zwiedziłam całe muzeum. Otóż... Było niesamowicie, bo ja byłam jedyną osobą w tym muzeum!!! To jest niezwykłe uczucie, ale trochę męczące. Najpierw była chociaż wycieczka dzieci podstawówkowych z panią, ale potem oni poszli. Zostałam sama z kilkunastoma osobami z obsługi i te panie ciągle mnie namawiały żebym zwiedziła jeszcze to, i jeszcze to...
Claire i suczka zostały w domu i pewnie spały, a ja zwiedzałam.
Na parterze jest ekspozycja stała z czasów średniowiecza, różne słowiańskie gliniane figurki i biżuteria. Większość rzeczy jest bardzo współczesna. Gdyby ktoś to sprzedawał jako nowoczesne, minimalistyczne czy inspirowane wzorami etno, nikt by się nie domyślił, że to z wykopalisk, sprzed około tysiąca lat. Najbardziej podobał mi się duży, czarny baran z gliny, złoty pierścień i bursztynowa figurka dzika. Było tam mnóstwo rzeczy, ale panie skierowały mnie na piętro, gdzie podąża się schodami, ukrytymi za kotarą... Na górze była pani przed komputerem, ja powiedziałam że chcę obejrzeć tkaniny, ona bardzo się ucieszyła. Z ciemności wyłoniła się inna pani, która mnie zaprowadziła poprzez jakieś sale - to jest trochę idiotyczne, być w pustym muzeum. Tkaniny są rzeczywiście piękne i bardzo oryginalne. To wielkie obrazy inspirowane malarstwem jaskiniowym, takim jak w Lascaux. ( Niedługo napiszę o tej jaskini oddzielną notkę). Są tam wizerunki bizonów, jeleni, innych żyjących wtedy zwierząt i myśliwych. Mnie się to podoba głównie ze względu na barwy, ciepłą kolorystykę : brązy, czerwień, czerń. W połączeniu z naturalną tkaniną to daje wrażenie powrotu do natury i jakiegoś pierwotnego bezpieczeństwa. ( Ale niestety nie wzięłam aparatu). Część tych tkanin jest na stronie www.gostylla.com.pl bardzo polecam, bo wystawa jest tylko do niedzieli.
Czy zwiedzaliście kiedyś coś w pojedynkę, gdy taka pani stoi i patrzy, nawet jeśli jest miła i fajna? Ja przeżyłam to pierwszy raz, jeszcze dochodzę do siebie... Na dole inna pani zaprowadziła mnie do sali, gdzie w gablocie były kości jakiegoś faceta, który żył w okresie atlantyckim ( ok. 5500 lat temu) i lampki LED z Ikei, takie na klips, które go oświetlały. Ja poczułam jakąś sympatię do tego człowieka, mam nadzieję że on nie wie że stał się eksponatem. Zbadali mu DNA i wiemy, iż jest on przedstawicielem ludu z pogranicza Francji i Hiszpanii, który 9000 lat temu rozpoczął migrację na północ. Było wtedy ocieplenie klimatu, natomiast w dzisiejszych czasach ci ludzie, czy raczej ich potomkowie, to fińscy Saamowie. Trochę żałuję, że nie studiowałam archeologii. Może trzeba było... W liceum marzyłam o tym, ale jakoś złożyłam dokumenty na co innego i tam się dostałam.
Tam chyba rzadko ktoś przychodzi o tej porze dnia. Wszystkie te pani mnie tak obserwowały, całkiem sympatycznie, ale miałam wrażenie że też jestem okazem muzealnym. Jak obejrzałam te naszyjniki to chciałam już iść, ale pani przyłapała mnie i powiedziała żebym zwiedziła jeszcze o szałasach ludzi pierwotnych. Do dziś się dziwnie czuję. Był tam telewizor, i obejrzałam film o średniowiecznej kopalni jakiegoś krzemienia koło Ostrowca Świętokrzyskiego. To wszystko jest naprawdę ciekawe i pewnie jeszcze kiedyś tam pójdę... A, i zapomniałam że na górze była jeszcze wystawa o węgierskich zamkach i warowniach. Pani specjalnie włączyła oświetlenie i oglądałam stare topory.
Czy zwiedzaliście kiedyś coś w pojedynkę, gdy taka pani stoi i patrzy, nawet jeśli jest miła i fajna? Ja przeżyłam to pierwszy raz, jeszcze dochodzę do siebie... Na dole inna pani zaprowadziła mnie do sali, gdzie w gablocie były kości jakiegoś faceta, który żył w okresie atlantyckim ( ok. 5500 lat temu) i lampki LED z Ikei, takie na klips, które go oświetlały. Ja poczułam jakąś sympatię do tego człowieka, mam nadzieję że on nie wie że stał się eksponatem. Zbadali mu DNA i wiemy, iż jest on przedstawicielem ludu z pogranicza Francji i Hiszpanii, który 9000 lat temu rozpoczął migrację na północ. Było wtedy ocieplenie klimatu, natomiast w dzisiejszych czasach ci ludzie, czy raczej ich potomkowie, to fińscy Saamowie. Trochę żałuję, że nie studiowałam archeologii. Może trzeba było... W liceum marzyłam o tym, ale jakoś złożyłam dokumenty na co innego i tam się dostałam.
Pani, która się mną tak zajęła, pokazała mi jeszcze jedną wystawę, naszyjników zrobionych z dębu, który był budulcem wałów obronnych w średniowiecznym Poznaniu. Zrobiła je artystka, która w ogóle robi biżuterię, stosując upcycling - wykorzystuje np: stare liny wyłowione z morza albo stare monety. Te naszyjniki są bardzo piękne, artystka nazywa się Anna Orska i ma stronę: www.orska.pl
Sunday, 23 November 2014
Thursday, 20 November 2014
Czarne ptaki z północy
Przyleciały czarne gawrony, które bardzo trudno sfotografować. Są chyba z północnej Rosji, jakoś znad Morza Białego, o ile dobrze pamiętam. Lubię je i zawsze się cieszę, kiedy pierwszy raz je widzę jesienią. To są wielkie stada. Nocują u nas w parku koło kościoła. Wiosną odlatują i wtedy jest mi trochę smutno. Lubię takie wielkie, trochę ponure i śmieszne ptaszyska.
Moja suczka interesuje się głównie ptactwem wodnym, kaczkami i łyskami. Zawsze nad wodą funduje im trening fitness, przegania to utuczone chlebami towarzystwo i raz na jakiś czas muszę przeprowadzać okropne rozmowy z obrońcami ptaków. Ostatnio jednak spotykamy miłych ludzi albo w ogóle nikogo. Gdy człowiek nie pracuje na etacie, może się udać spacer w środku dnia i wtedy nie ma ludzi. Niedawno zobaczyłam hotel dla pszczół...
Ustawia je Greenpeace. Podobno dzikie pszczoły, bo te hotele są dla dzikich i innych owadów zapylających, są niegrożne, ale napisali żeby "nie przeszkadzać im w pracy".
Friday, 14 November 2014
Dający radość wołowy pie
Mnie taka zapiekanka angielska z wołowego mięsa zawsze wprawia w świetny nastrój. Wołowinę ostatnio jem rzadko, bo jest niezdrowa, ale bardzo ją lubię. Raz na jakiś czas, jak ją zjem, to czuję się jak w dzieciństwie, bo babcia często robiła wołowinę i cielęcinę. To absurd, bo było to w stanie wojennym, ale babcia miała znajomą niejaką Cesię, która sprzątała i dowoziła w wielkiej, skajowej torbie mięso ze wsi. Punkt kontaktowy był pod Halą Mirowską, na bazarze. Pamiętam tą Cesię i inną taką przedsiębiorczą panią, która chodziła u nas po bloku, i od której kupowała moja mama. Wychodzi na to że wtedy było lepiej, bo takie mięso jest z ekologicznej hodowli a nie z wielkiej farmy.
Składniki: ziemniaki ( w przepisie 70dag, ale jak dla mnie to za dużo i dałam 30), mielona wołowina 30dag, gorące mleko ( szklanka w przepisie, ja zmniejszyłam do pół szklanki, na oko), cebula, kilka łyżek masła, łyżka mąki, szklanka bulionu ( ja dałam bio, z kostki z Rossmana), łyżeczka koncentratu pomidorowego i musztardy, natka ( ja nie dałam), sól.
Ziemniaki ugotowałam na parze, w metalowej nakładce z IKEA i potem utłukłam je z mlekiem, podgrzanym w ulubionym rondelku ( zdjęcie), i z masłem. Mięso trzeba przesmażyć z cebulą, pokrojoną w kostkę. W przepisie jest żeby na maśle, ale ja nie smażę na maśle, gdyż jest to niezdrowe i dałam oliwę a masłem wysmarowałam naczynie do zapiekania. Potem zrobiłam bulion z tej wspaniałej kostki ( zdjęcie), dodałam mąkę, musztardę i koncentrat i dałam do wszystko do naczynia. Na wierzchu była ta kołderka z ziemniaków i mleka- jest to super smaczne, o wiele lepsze od ziemniaków pokrojonych w talarki, które zazwyczaj stanowią top zapiekanki.
Piecze się w 220 stopniach niby ok.pół godziny, ale ja piekłam trochę dłużej, jak zawsze.
Poza tym wygraliśmy z Gruzją, ale nie oglądałam tego. Czytam teraz " Przygodę z owcą" H. Murakamiego, właściwie to wczoraj zaczęłam. To druga jego książka, którą czytam, wcześniej czytałam "After dark". Zawsze są koty i smutny, dziwny nastrój.
Na koniec zdjęcie mojej suczki, z czasów bardziej jeszcze dziecinnych. ( Nie z komórki, chociaż te z komórki jakoś wyglądają nawet...)
Ziemniaki ugotowałam na parze, w metalowej nakładce z IKEA i potem utłukłam je z mlekiem, podgrzanym w ulubionym rondelku ( zdjęcie), i z masłem. Mięso trzeba przesmażyć z cebulą, pokrojoną w kostkę. W przepisie jest żeby na maśle, ale ja nie smażę na maśle, gdyż jest to niezdrowe i dałam oliwę a masłem wysmarowałam naczynie do zapiekania. Potem zrobiłam bulion z tej wspaniałej kostki ( zdjęcie), dodałam mąkę, musztardę i koncentrat i dałam do wszystko do naczynia. Na wierzchu była ta kołderka z ziemniaków i mleka- jest to super smaczne, o wiele lepsze od ziemniaków pokrojonych w talarki, które zazwyczaj stanowią top zapiekanki.
Poza tym wygraliśmy z Gruzją, ale nie oglądałam tego. Czytam teraz " Przygodę z owcą" H. Murakamiego, właściwie to wczoraj zaczęłam. To druga jego książka, którą czytam, wcześniej czytałam "After dark". Zawsze są koty i smutny, dziwny nastrój.
Na koniec zdjęcie mojej suczki, z czasów bardziej jeszcze dziecinnych. ( Nie z komórki, chociaż te z komórki jakoś wyglądają nawet...)
Monday, 10 November 2014
Listopadowe wieczory
Listopadowe wieczory są takie długie, a Claire i ja jesteśmy domatorkami i bardzo lubimy siedzieć i oglądać telewizję. Oglądałyśmy teraz łyżwiarstwo figurowe w Eurosporcie. Właściwie od paru lat najczęściej oglądam Eurosport, głównie kolarstwo. Claire kiedyś rzucała się na telewizor, ale już z tego wyrosła. Teraz bardzo lubi leżeć na obrusie, ona chyba myśli że to jest kładzione dla niej...
W takie wieczory się je, co dla mnie może być fatalne, bo znowu się zatuczę. Teraz miałam konfiturę mleczną z Normandii. To jest podobne do naszego kremu krówkowego, tylko bardziej mleczne i delikatne. Kupiłam do tego paczkę gofrów, które można podgrzewać w tosterze. Zatuczę się, prawda? Były bez konserwantów, i chyba naprawdę, bo data ważności była krótka. Najpierw je podpiekałam, ale trzeba krótko bo szybciej się spala niż tost. Potem sypałam na to cukier puder i potem tą konfiturę. Jadłam to cały dzień.
Dostałam też w prezencie marynowane rydze, one chociaż nie tuczą. W ogóle marynowane grzyby i jakieś pikle to nie są rzeczy, które ja lubię, ale w tych rydzach nie czuło się octu. Miały smak rydzów, wyjątkowo, bo grzybki marynowane są bardzo ładne ale czuje się tylko ocet. Rydze były domowej roboty, zebrane w Beskidach.
Już ich nie ma, oczywiście. Potem kupiłam jeszcze maślane ciasteczka z Bretanii, ale nie te, o których już pisałam, tylko z tej samej serii, co konfitura mleczna. Moja suczka pomogła mi je zjeść. Zdążyłam jeszcze sfotografować...Suczka ma 2,5 roku i jest pół borderem ( pół border collie)
Thursday, 6 November 2014
Tuesday, 4 November 2014
Monday, 3 November 2014
Obrażona kotka i placek szpinakowy
Claire jest obrażona. Nie pozwoliłam jej toczyć po świeżo wypranym obrusie mokrej torebki po zielonej herbacie. Wtedy wyszła z pokoju. Zjadła trochę wołowiny z miski suki i nie odzywa się do nikogo.
Placek szpinakowy jest jednym z moich ulubionych. W ogóle przepadam za słonymi tartami, pizzami, quiche lorraine itp. Ostatnio właśnie upiekłam taki placek, po raz pierwszy używając mojej nowej wagi kuchennej. Odważa się 25 dag mąki, ja zmodyfikowałam to dodając "na oko" 1/5 mąki razowej z otrębami.
Potrzebne są też: cebula, ja dałam pół dużej, ząbek czosnku, ja dałam dwa, suszone drożdże jedno opakowanie ( suszone drożdże są bardzo fajne),oliwa, przyprawa włoska, szpinak, mozarella, ser pleśniowy, gałka muszkatołowa, ja zapomniałam dodać, sól i pieprz. Najpierw wyrasta ciasto drożdżowe, aż się podwoi. Dodajemy przy zagniataniu dwie łyżki oliwy, ok. pół szklanki ciepłej wody i przyprawę włoską. Ja dałam trochę tymianku i rozmarynu, niedużo. Gdy wyrastało siedziałam na małym stołeczku, tym na którym siedzi Claire, i oglądałam katalog IKEI i program tv.
W formie do tarty francuskiej natłuszczonej oliwą ułożyłam ciasto i na nim najpierw mozarellę, potem szpinak, przesmażony z cebulą i czosnkiem na oliwie, na wierzchu pokrojony w kostkę ser pleśniowy, ja dałam 'Lazur" i jeszcze trochę wiórków mozarelli.
Potem w 200 stopniach, w przepisie jest 25 minut, ale u mnie zawsze jest dłużej. Przepis jest książeczki z serii 'Lubię Gotować" ( " Smakowite zapiekanki"), ale polecam moje modyfikacje.
W następnej notce kot wyjaśni dlaczego zdjęcia są głównie z komórki i czy zawsze tak będzie.
Tuesday, 28 October 2014
Claire śpi
Kot teraz śpi. Pod jego nieobecność piszę na tym blogu, który nie jest całkiem na serio, ale to nie jest jego wadą. Ja schudłam! Może nie tyle, ile bym chciała, ale dziś weszłam w dżinsową spódnicę, która ponad pół roku była niedostępna. Muszę jeszcze przymierzyć dżinsy, które się nie dopinały. Wydaje mi się że to zasługa odżywiania się głównie jogurtem naturalnym, jabłkami i czerwoną kapustą. Po prostu zamiast obiadu jakieś warzywa na ciepło, dynia, jak już pisałam. Albo zapiekanka z ryżu i jabłek, z rodzynkami, cynamonem, cukrem trzcinowym i polana śmietaną 12 %. Schudłam w ten sposób. Oprócz tego sporo chodziłam na piechotę, po schodach - nawet bez ćwiczeń taki ruch jednak coś daje.
Dziś kupiłam w Rossmanie kostkę rosołową bio, ma certyfikat unijny, ten listek z gwiazdkami. Skład robi wrażenie, warzywa, z których zrobiono sok, są z upraw bio, jest tam też olej palmowy i pasternak, nie ma natomiast glutaminianu. Będę robiła niedługo zupę dyniowo- pomarańczową i wtedy użyję tej kostki. Kupiłam też normandzką konfiturę mleczną, ale nie wiem, co z niej zrobię. Poszłam właściwie po mleko kozie, ale nie było albo nie mogłam znależć. Oczywiście, nie w Rossmanie. Tak sobie chodziłam po sklepach w poszukiwaniu mleka kozy. Bardzo je lubię. Jest takie aromatyczne, czuje się w nim zioła. Zamiast tego tym razem kupiłam ser brie kozi. Sprzedawczyni była dla mnie bardzo miła. Potem się okazało że ten ser jest bardzo drogi. Ale i tak to super, jak sprzedawcy są mili. Przecież potrafią być niemili nawet jak się robi duże zakupy. Przynajmniej w Warszawie.
Saturday, 25 October 2014
Thursday, 23 October 2014
Czerwona kapusta
Mama kupiła czerwoną kapustę w supermarkecie, kosztowała 2 złote z groszami.Warzywa z supermarketu nie są chyba tak złe, jak się uważa. Kupowanie na targu czy "od chłopa" nie zapewni warzyw bez nawozów. Każdy z chęcią oszuka że ma "ekologiczne" a z życiowych doświadczeń wynika że nawet działkowcy stosują nawozy sztuczne w uprawie pomidorów. Nie da się uniknąć jedzenia tego, a Mama lubi kupować w supermarkecie. U nas na osiedlu była budka "ekologiczna", była tam kiełbasa. Właściciel zapewniał że jest bez konserwantów. Na pytanie, skąd jest, czy ze wsi, warknął po chamsku: "Od takiego dostawcy!!!". Od takiego dostawcy... Nawet nie umie kłamać. Nic więc dziwnego, że sklepik upadł. Jak ktoś jest niegrzeczny i oszukuje, to nawet dobrze, że upada. Potem taka kiełbasa była w normalnym sklepie, więc była to zwykła kiełbasa z konserwantami.
Wracając do kapusty. Na Śląsku mówią na tą kapustę "modra" i jest tam bardzo popularna. My nie jesteśmy ze Śląska i robimy ją bardzo prosto. Kroimy ją, sparzamy, dodajemy cebulę przesmażoną na oleju i trochę cytryny pod koniec gotowania.
Wszystko, co jest fioletowe, jest bardzo zdrowe. Kapusta, winogrona, porzeczki, aronia. To zabarwienie wiąże się z zawartością czegoś, co ma działanie przeciwnowotworowe. Zapomniałam, jak to się nazywa:).
Mama zjadła tą kapustę samą, w ramach jedzenia czasem posiłku składającego się z tylko jednej rzeczy.
Wednesday, 22 October 2014
Ciekawostki ekologiczne
Sytuacja na dziś przedstawia się tak, że Mama dostała czekoladki i martwi się że będzie gruba. Niedawno były dobre pierogi z grzybami i nawet miało o nich tu być. Ale wiecie, tak je jedli, że nic nie zostało. Fotograf nie zdążył :). Pies też jadł. ( Muszę mieszkać z psem, ale nawet jakoś się układa).
Widziałyśmy z Mamą w telewizji program ekologiczny. To było jakiś czas temu i nie pamiętamy, gdzie to było. Oni byli w Skandynawii i było o ludziach, którzy powrócili do natury. W Norwegii było małżeństwo, które na Północy ma dom, gdzie wszystko jest jak w XIV wieku. Odtworzyli takie warunki - nie ma prądu, ciepłej wody, facet orze pole drewnianym pługiem, zaprzężonym w konika. Jedzą przy świecach, które są w wielkich, srebrnych lichtarzach. Chyba w ogóle żyją przy świecach, w Skandynawii, gdzie długi czas jest ciemno. Nie mają lodówki i trzymają jedzenie w strumieniu, do którego muszą dojść kawałek polną ścieżką. Jest tam też kot :).
Potem byli w Szwecji, gdzie jest małżeństwo, które zbudowało dom według oryginalnego domu Wikingów, średniowieczny model. Wygląda bardzo ładnie, jest parterowy, z przybudówkami, taki rozłożysty. Jest zaprojektowany tak, żeby okna były tylko od południa, a ściana, gdzie pada najwięcej śniegu, jest mocniejsza i różne takie... Centralne miejsce domu to gliniany piec, wyglądający jak pień drzewa. Poza tym wszystko jest z drzewa. Wychowują się tam małe Wikingi, wyglądały na całkiem zadowolone. Oczywiście mają uprawę bio w przydomowym ogrodzie, własne kury, wiecie... Tylko chyba zimno tam. Mówili, że taki średniowieczny piec naprawdę dobrze nagrzewa dom, ale nie wierzę w to.
Potem byli na Spitsbergenie i tam jest bank nasion w starej kopalni. Mama mówi, że jej marzeniem jest pracować w takim banku. Jest stworzony przez jakąś międzynarodową agencję na wypadek ogólnoświatowego kataklizmu. Są tam nasiona warzyw i zbóż uprawnych, aby na planecie nie nastąpiła totalna klęska. Co kilka lat wymieniają te nasiona.
Monday, 20 October 2014
Niepowodzenie uprawy balkonowej
Mama odniosła niepowodzenie w uprawie balkonowej. Była to mała uprawa eksperymentalna, marchew odmiany " amsterdamska", lawenda z nasion, koper, rzodkiewka, poziomki z nasion i mięta, kupiona w doniczce. Udał się tylko koper... Wszystko było bio, ziemia była bez nawozu, tylko ze skorupkami jajek zakopanymi. Ja, kot, bardzo lubię spędzać czas na kopaniu w ziemi. Szczególnie w nocy, żeby na rano było... Żeby było tak fajnie, tak dużo ziemi wszędzie! Lubię po prostu wykopywać sobie taką skorupkę. Ale to nawet nie ja zepsułam. Mama nie pozwalała mi się do tego dobierać. Zwyczajnie na tym balkonie nic nie wyrasta. Jest wiatr i mało słońca. Marchew, owszem, miała nać i Mama już się ucieszyła, a tu nie ma tej pomarańczowej części! Mamie tak bardzo zależało na marchewkach, bo kupowane w sklepie z pewnością są z uprawy na nawozach azotowych. Marchew bardzo kumuluje azotyny i azotany, które są rakotwórcze. Teraz nie będzie w ogóle marchwi, bo Mama nie zna wiarygodnego żródła, żadnego dostawcy ekologicznego, któremu można zaufać.
Lawenda nie kwitnie, rzodkiewka też nie miała bulwy. Poziomki z nasion są malutkie, tzn: krzaczki są malutkie, bo o owocach w ogóle nie ma mowy. Jednym słowem, jest na tyle kiepsko że nawet nie ma co fotografować.
Sunday, 19 October 2014
Friday, 17 October 2014
Przysmaki na deszczowy dzień
Dziś prawie cały dzień siedziałam na parapecie, stąd wiem że deszcz pada. Wkurzają mnie doniczki, wiecie, że jestem kotem. Dziś jednak byłam taka senna że nawet nie strąciłam żadnej doniczki na podłogę. Mama uznaje tylko gliniane doniczki, bez ozdób, w stylu surowo- rustykalnym. Takie najlepiej się tłuką. Teraz kupiła większą, mam z nią trochę problemu. W ogóle chciałam uciec przez balkon, ale przystawiła tam piecyk elektryczny. Siedziałam kilka godzin i próbowałam otworzyć ten balkon i zauważyła to...
Kupiła w prywatnych delikatesach rybnych sajrę w słoiku. Ta jest szczególnie smaczna, bo dodali do niej ziele angielskie i liść laurowy. Pochodzi z Łotwy. W ogóle sajra to ryba rzeczna, poławiana głównie w Rosji na północy i, jak się okazuje, też na Łotwie. Wspaniale jest jeść taką rybę ze słoika i przeglądać sobie na przykład magazyny o urządzaniu wnętrz.
Kupiła też ciastka francuskie, bretońskie. Mama jest miłośniczką Francji i jedzenia francuskiego. Opowiadała mi że Bretania, ta nazwa, pochodzi od Brytania, bo jest to region Francji z bardzo silnymi wpływami z Wysp. Te ciasteczka są produkowane przemysłowo, ale nie czuje się tego. Mają przyzwoity skład bez żadnych świństw. Tradycyjna receptura regionalna.
Subscribe to:
Posts (Atom)


















.jpg)














.jpg)







.jpeg)









