Saturday, 29 November 2014

W krainie historii

Wczoraj, podczas załatwiania w mieście kilku spraw, poszłam do Muzeum Archeologicznego w Warszawie. Byłam tam pierwszy raz w życiu, chociaż jestem urodzoną warszawianką i stale tu mieszkam. Jakoś jednak nigdy tam nie trafiłam, a okazuje się że to miejsce jest bardzo fajne. Muzeum jest przy Długiej, choć właściwie to jest już Plac Bankowy. Między kinem Muranów, Starbucksem i nowym wybiegiem dla psów. Poszłam żeby obejrzeć wystawę tkaniny artystycznej Marii Gostylii - Pachuckiej, którą mi ktoś polecił, ale wyszło tak że zwiedziłam całe muzeum. Otóż... Było niesamowicie, bo ja byłam jedyną osobą w tym muzeum!!! To jest niezwykłe uczucie, ale trochę męczące. Najpierw była chociaż wycieczka dzieci podstawówkowych z panią, ale potem oni poszli. Zostałam sama z kilkunastoma osobami z obsługi i te panie ciągle mnie namawiały żebym zwiedziła jeszcze to, i jeszcze to... Claire i suczka zostały w domu i pewnie spały, a ja zwiedzałam.


Na parterze jest ekspozycja stała z czasów średniowiecza, różne słowiańskie gliniane figurki i biżuteria. Większość rzeczy jest bardzo współczesna. Gdyby ktoś to sprzedawał jako nowoczesne, minimalistyczne czy inspirowane wzorami etno, nikt by się nie domyślił, że to z wykopalisk, sprzed około tysiąca lat. Najbardziej podobał mi się duży, czarny baran z gliny, złoty pierścień i bursztynowa figurka dzika. Było tam mnóstwo rzeczy, ale panie skierowały mnie na piętro, gdzie podąża się schodami, ukrytymi za kotarą... Na górze była pani przed komputerem, ja powiedziałam że chcę obejrzeć tkaniny, ona bardzo się ucieszyła. Z ciemności wyłoniła się inna pani, która mnie zaprowadziła poprzez jakieś sale - to jest trochę idiotyczne, być w pustym muzeum. Tkaniny są rzeczywiście piękne i bardzo oryginalne. To wielkie obrazy inspirowane malarstwem jaskiniowym, takim jak w Lascaux. ( Niedługo napiszę o tej jaskini oddzielną notkę). Są tam wizerunki bizonów, jeleni, innych żyjących wtedy zwierząt i myśliwych. Mnie się to podoba głównie ze względu na barwy, ciepłą kolorystykę : brązy, czerwień, czerń. W połączeniu z naturalną tkaniną to daje wrażenie powrotu do natury i jakiegoś pierwotnego bezpieczeństwa. ( Ale niestety nie wzięłam aparatu). Część tych tkanin jest na stronie www.gostylla.com.pl bardzo polecam, bo wystawa jest tylko do niedzieli.

Czy zwiedzaliście kiedyś coś w pojedynkę, gdy taka pani stoi i patrzy, nawet jeśli jest miła i fajna? Ja przeżyłam to pierwszy raz, jeszcze dochodzę do siebie... Na dole inna pani zaprowadziła mnie do sali, gdzie w gablocie były kości jakiegoś faceta, który żył w okresie atlantyckim ( ok. 5500 lat temu) i lampki LED z Ikei, takie na klips, które go oświetlały. Ja poczułam jakąś sympatię do tego człowieka, mam nadzieję że on nie wie że stał się eksponatem. Zbadali mu DNA i wiemy, iż jest on przedstawicielem ludu z pogranicza Francji i Hiszpanii, który 9000 lat temu rozpoczął migrację na północ. Było wtedy ocieplenie klimatu, natomiast w dzisiejszych czasach ci ludzie, czy raczej ich potomkowie, to fińscy Saamowie. Trochę żałuję, że nie studiowałam archeologii. Może trzeba było... W liceum marzyłam o tym, ale jakoś złożyłam dokumenty na co innego i tam się dostałam.



Pani, która się mną tak zajęła, pokazała mi jeszcze jedną wystawę, naszyjników zrobionych z dębu, który był budulcem wałów obronnych w średniowiecznym Poznaniu. Zrobiła je artystka, która w ogóle robi biżuterię, stosując upcycling - wykorzystuje np: stare liny wyłowione z morza albo stare monety. Te naszyjniki są bardzo piękne, artystka nazywa się Anna Orska i ma stronę: www.orska.pl

Tam chyba rzadko ktoś przychodzi o tej porze dnia. Wszystkie te pani mnie tak obserwowały, całkiem sympatycznie, ale miałam wrażenie że też jestem okazem muzealnym. Jak obejrzałam te naszyjniki to chciałam już iść, ale pani przyłapała mnie i powiedziała żebym zwiedziła jeszcze o szałasach ludzi pierwotnych. Do dziś się dziwnie czuję. Był tam telewizor, i obejrzałam film o średniowiecznej kopalni jakiegoś krzemienia koło Ostrowca Świętokrzyskiego. To wszystko jest naprawdę ciekawe i pewnie jeszcze kiedyś tam pójdę... A, i zapomniałam że na górze była jeszcze wystawa o węgierskich zamkach i warowniach. Pani specjalnie włączyła oświetlenie i oglądałam stare topory.




Thursday, 20 November 2014

Czarne ptaki z północy

Przyleciały czarne gawrony, które bardzo trudno sfotografować. Są chyba z północnej Rosji, jakoś znad Morza Białego, o ile dobrze pamiętam. Lubię je i zawsze się cieszę, kiedy pierwszy raz je widzę jesienią. To są wielkie stada. Nocują u nas w parku koło kościoła. Wiosną odlatują i wtedy jest mi trochę smutno. Lubię takie wielkie, trochę ponure i śmieszne ptaszyska.


Moja suczka interesuje się głównie ptactwem wodnym, kaczkami i łyskami. Zawsze nad wodą funduje im trening fitness, przegania to utuczone chlebami towarzystwo i raz na jakiś czas muszę przeprowadzać okropne rozmowy z obrońcami ptaków. Ostatnio jednak spotykamy miłych ludzi albo w ogóle nikogo. Gdy człowiek nie pracuje na etacie, może się udać spacer w środku dnia i wtedy nie ma ludzi. Niedawno zobaczyłam hotel dla pszczół...


Ustawia je Greenpeace. Podobno dzikie pszczoły, bo te hotele są dla dzikich i innych owadów zapylających, są niegrożne, ale napisali żeby "nie przeszkadzać im w pracy".


Friday, 14 November 2014

Dający radość wołowy pie

Mnie taka zapiekanka angielska z wołowego mięsa zawsze wprawia w świetny nastrój. Wołowinę ostatnio jem rzadko, bo jest niezdrowa, ale bardzo ją lubię. Raz na jakiś czas, jak ją zjem, to czuję się jak w dzieciństwie, bo babcia często robiła wołowinę i cielęcinę. To absurd, bo było to w stanie wojennym, ale babcia miała znajomą niejaką Cesię, która sprzątała i dowoziła w wielkiej, skajowej torbie mięso ze wsi. Punkt kontaktowy był pod Halą Mirowską, na bazarze. Pamiętam tą Cesię i inną taką przedsiębiorczą panią, która chodziła u nas po bloku, i od której kupowała moja mama. Wychodzi na to że wtedy było lepiej, bo takie mięso jest z ekologicznej hodowli a nie z wielkiej farmy.



Składniki: ziemniaki ( w przepisie 70dag, ale jak dla mnie to za dużo i dałam 30), mielona wołowina 30dag, gorące mleko ( szklanka w przepisie, ja zmniejszyłam do pół szklanki, na oko), cebula, kilka łyżek masła, łyżka mąki, szklanka bulionu ( ja dałam bio, z kostki z Rossmana), łyżeczka koncentratu pomidorowego i musztardy, natka ( ja nie dałam), sól.

Ziemniaki ugotowałam na parze, w metalowej nakładce z IKEA i potem utłukłam je z mlekiem, podgrzanym w ulubionym rondelku ( zdjęcie), i z masłem. Mięso trzeba przesmażyć z cebulą, pokrojoną w kostkę. W przepisie jest żeby na maśle, ale ja nie smażę na maśle, gdyż jest to niezdrowe i dałam oliwę a masłem wysmarowałam naczynie do zapiekania. Potem zrobiłam bulion z tej wspaniałej kostki ( zdjęcie), dodałam mąkę, musztardę i koncentrat i dałam do wszystko do naczynia. Na wierzchu była ta kołderka z ziemniaków i mleka- jest to super smaczne, o wiele lepsze od ziemniaków pokrojonych w talarki, które zazwyczaj stanowią top zapiekanki.



Piecze się w 220 stopniach niby ok.pół godziny, ale ja piekłam trochę  dłużej, jak zawsze.

Poza tym wygraliśmy z Gruzją, ale nie oglądałam tego. Czytam teraz " Przygodę z owcą" H. Murakamiego, właściwie to wczoraj zaczęłam. To druga jego książka, którą czytam, wcześniej czytałam "After dark". Zawsze są koty i smutny, dziwny nastrój.
Na koniec zdjęcie mojej suczki, z czasów bardziej jeszcze dziecinnych. ( Nie z komórki, chociaż te z komórki jakoś wyglądają nawet...)


Monday, 10 November 2014

Listopadowe wieczory

Listopadowe wieczory są takie długie, a Claire i ja jesteśmy domatorkami i bardzo lubimy siedzieć i oglądać telewizję. Oglądałyśmy teraz łyżwiarstwo figurowe w Eurosporcie. Właściwie od paru lat najczęściej oglądam Eurosport, głównie kolarstwo. Claire kiedyś rzucała się na telewizor, ale już z tego wyrosła. Teraz bardzo lubi leżeć na obrusie, ona chyba myśli że to jest kładzione dla niej...


W takie wieczory się je, co dla mnie może być fatalne, bo znowu się zatuczę. Teraz miałam konfiturę mleczną z Normandii. To jest podobne do naszego kremu krówkowego, tylko bardziej mleczne i delikatne. Kupiłam do tego paczkę gofrów, które można podgrzewać w tosterze. Zatuczę się, prawda? Były bez konserwantów, i chyba naprawdę, bo data ważności była krótka. Najpierw je podpiekałam, ale trzeba krótko bo szybciej się spala niż tost. Potem sypałam na to cukier puder i potem tą konfiturę. Jadłam to cały dzień.


Dostałam też w prezencie marynowane rydze, one chociaż nie tuczą. W ogóle marynowane grzyby i jakieś pikle to nie są rzeczy, które ja lubię, ale w tych rydzach nie czuło się octu. Miały smak rydzów, wyjątkowo, bo grzybki marynowane są bardzo ładne ale czuje się tylko ocet. Rydze były domowej roboty, zebrane w Beskidach.


Już ich nie ma, oczywiście. Potem kupiłam jeszcze maślane ciasteczka z Bretanii, ale nie te, o których już pisałam, tylko z tej samej serii, co konfitura mleczna. Moja suczka pomogła mi je zjeść. Zdążyłam jeszcze sfotografować...Suczka ma 2,5 roku i jest pół borderem ( pół border collie)


Thursday, 6 November 2014

Kot przerywa milczenie

Witajcie, to ja, Claire. Kocia Mama jest dziś zmęczona i ja, kot, piszę teraz blog. Ostatnio są tu tylko zdjęcia z telefonu, ale tak nie będzie zawsze. Mama ma stary aparat, do którego jest bardzo przywiązana. Jest japoński i nawet nie taki beznadziejny, ale jeszcze tradycyjny i ona nosi zdjęcia do zakładu fotograficznego. Zapisanie ich na CD kosztuje około 5 złotych i oprócz tego wywołuje je jako odbitki i potem sobie oglądamy, pijąc zieloną herbatę. Żeby zrobić zdjęcie i je od razu wstawić, to w takim układzie kończy się na komórce... Wiecie, ona uważa że jak kupi cyfrowy to ten, który lubi będzie bezużyteczny a jest całkiem dobry. Poza tym taki jakby chciała jest dość drogi. Mogłaby kupić tańszy, ale po co, skoro właściwie ma. No i to jest problem, bo jednak wszyscy mają takie fajne zdjęcia u siebie, a u nas tylko takie z komórki.
Interesują mnie takie mydliny po zmywaniu naczyń. Nie wiem, czy to zjeść.

Monday, 3 November 2014

Obrażona kotka i placek szpinakowy

Claire jest obrażona. Nie pozwoliłam jej toczyć po świeżo wypranym obrusie mokrej torebki po zielonej herbacie. Wtedy wyszła z pokoju. Zjadła trochę wołowiny z miski suki i nie odzywa się do nikogo.

Placek szpinakowy jest jednym z moich ulubionych. W ogóle przepadam za słonymi tartami, pizzami, quiche lorraine itp. Ostatnio właśnie upiekłam taki placek, po raz pierwszy używając mojej nowej wagi kuchennej. Odważa się 25 dag mąki, ja zmodyfikowałam to dodając "na oko" 1/5 mąki razowej z otrębami.


Potrzebne są też: cebula, ja dałam pół dużej, ząbek czosnku, ja dałam dwa, suszone drożdże jedno opakowanie ( suszone drożdże są bardzo fajne),oliwa, przyprawa włoska, szpinak, mozarella, ser pleśniowy, gałka muszkatołowa, ja zapomniałam dodać, sól i pieprz. Najpierw wyrasta ciasto drożdżowe, aż się podwoi. Dodajemy przy zagniataniu dwie łyżki oliwy, ok. pół szklanki ciepłej wody i przyprawę włoską. Ja dałam trochę tymianku i rozmarynu, niedużo. Gdy wyrastało siedziałam na małym stołeczku, tym na którym siedzi Claire, i oglądałam katalog IKEI i program tv.


W formie do tarty francuskiej natłuszczonej oliwą ułożyłam ciasto i na nim najpierw mozarellę, potem szpinak, przesmażony z cebulą i czosnkiem na oliwie, na wierzchu pokrojony w kostkę ser pleśniowy, ja dałam 'Lazur" i jeszcze trochę wiórków mozarelli.


Potem w 200 stopniach, w przepisie jest 25 minut, ale u mnie zawsze jest dłużej. Przepis jest książeczki z serii 'Lubię Gotować" ( " Smakowite zapiekanki"), ale polecam moje modyfikacje.


W następnej notce kot wyjaśni dlaczego zdjęcia są głównie z komórki i czy zawsze tak będzie.