Sunday, 26 July 2015

Na zakupy z różową torbą



Dziś głównie o kosmetykach, to znaczy o mydłach w kostce. Moja różowa torba jest z Ikei, z Ikea Family dokładnie. Swoją drogą, dawno nie byłam w Ikei... Na tą kartę Ikea Family namówiła mnie hostessa jakoś dwa lata temu ale  nie przyniosła mi ona wielkich korzyści. Na pewno większe Ikei, dla której to ewidentnie łatwy sposób na coś w stylu badania socjologicznego. Mają wiek i płeć osoby i czytają  z karty co kto kupił za każdym razem. Potem to idzie do analizy, jestem przekonana, bo moja znajoma pracowała w czymś takim, ale w innym koncernie, nie w Ikei.
Torba ma  fajny kolor i lubię ją. Ostatnio zabrałam ją do Leclerca, gdzie kupiłam dwa mydła i kurczaka zagrodowego.




Taki kurczak jest o wiele lepszy od zwykłego. Oczywiście, jest zdrowszy, ale też o wiele smaczniejszy. Nie ma w nim chemii i one nie mają zażółceń na skórze. Kurczak z zażółceniem jest karmiony dioksynami, czyli rakotwórczymi substancjami, nie bezpiecznymi dla ludzkiego zdrowia, ale stosowanymi żeby kurczaki szybciej rosły. Czyli chodzi o niemoralny zysk.

Teraz przechodzimy do mydeł, najpierw włoskie mydło cytrynowe w bardzo eleganckim opakowaniu, za ok. 12 złotych. Jeszcze nie są otwarte bo te zakupy zrobiłam przedwczoraj!





Drugie jest niemieckie, za około 5 złotych, bardzo naperfumowane, co czasem lubię, szczególnie w przypadku drzewa sandałowego. Trzecie kupiłam... na poczcie! Jest polskiej produkcji, ekologiczne, za około 10 złotych, kawowo- borowinowe. Potem zrobię coś w rodzaju 'denka" i zrecenzuję jakie się okazały.

Saturday, 18 July 2015

Rzeka dzieciństwa 2

Jakoś na wiosnę pisałam o Wiśle, a lipiec  kojarzy mi się z górską rzeką Rabą, nad którą w dzieciństwie zawsze spędzałam wakacje. Pierwszy raz tam pojechałam kiedy miałam rok i tak każde wakacje, przez dwa miesiące, a przestaliśmy tam jeżdzić jak miałam 11 lat. Nigdy potem tam nie byłam, chociaż byłam niedaleko. Mogłabym tam pojechać ale nie chcę, bo to już nie będzie to samo miejsce.





Jeżdziliśmy tam bo część rodziny mojej mamy stamtąd pochodzi i szczególnie moja babcia chciała tam jeżdzić. Moi rodzice chcieli żebym bawiła się z wiejskimi dziećmi, ale one nie zawsze były dla mnie miłe. Pamiętam że jeden chłopczyk zabronił mi się bawić z grupą dzieci, był strasznie niemiły. Potem ukradkiem przyszedł inny chłopczyk i powiedział mi że rodzice tamtego mają konkurencyjną działalność do gospodyni, u której my wykupiliśmy obiady. Dziecko mściło się na tych, których rodzice wybrali konkurencję. Potem ukradkiem przyszła dziewczynka, która chciała na mnie popatrzeć i dotknąć moich spinek. Byłam trochę zdziwiona ale wyjaśniła że pierwszy raz widzi kogoś z Warszawy. "Na pewno jesteś z Warszawy?" - upewniała się. Ja byłam w szoku, a ta dziewczynka ; " Bo z Krakowa to już widziałam... Czy te spinki do włosów są z Warszawy?". To były żółte spinki z plastiku z zajączkiem, bardzo zwyczajne. Tak nauczyłam się że "Warszawa" ma znaczenie. Te dzieci przychodziły w tajemnicy przed tym chłopcem. Kilkuletnie dzieci i takie układy! Potem przyszła moja babcia i powiedziała żebym się nie przejmowała.

Lubię siedzieć nad rzeką. Potem jeżdziliśmy nad morze,ale kończyło się nad rzeką. Jest taka miejscowość Rowy, gdzie oprócz plaży jest jeszcze ujście rzeki z konkurencyjną, małą plażą. Cały czas spędzaliśmy nad tą rzeką, sporo ludzi tak robiło. Nad morze chodziliśmy tylko czasem.

Mój stary post o Wiśle:

http://www.claireinacave.blogspot.com/2015/03/nad-rzeka-dziecinstwa-part-1.html

Thursday, 9 July 2015

Moje herbaty, ostatnio...

Ciao tutti! Salut! Je suis Claire... Moja Mama - Pani pozwoliła mi wreszcie napisać do Was post. Pani ogląda Tour de France i szyje abażur na lampkę nocną w trakcie tego. Obecnie liderem był Tony Martin, wiecie, miał yellow jersey  ( koszulka lidera klasyfikacji generalnej) ale bidaka miał kraksę i chyba obojczyk mu się złamał. Na początku jeżdzili po Holandii ale teraz są już we Francji. Dzisiaj byli w Hawrze, to nad Morzem Północnym chyba jest. Nigdy nie byłam nad morzem. Wymyśliłam dla Was że będzie o herbatach Mamy, które możemy polecić, nie tylko na upały!








Widzicie, mamy zieloną z opuncją figową Teekanne, to jest jej podstawa - wypija cztery takie codziennie. Twierdzi że jej to pomaga w życiu. Kupiła też malinową, chociaż to jest śmieszne w upał, ale kupiła sobie. Często mamy z tej firmy. Ma też Rooibos, zawsze pije to z mlekiem pełnotłustym ( whole milk), i z Carrefoura zieloną z trawą cytrynową, też podobno jest smaczna. U nas na osiedlu będzie jeszcze Biedronka, ciekawe jakie tam będą herbatki.










To jest prezent, jedna puszka, ta różowa to jest czarna herbata a w zielonej jest zielona. Napisane jest " Gun Powder" i Mama myślała że to będzie taka granulowana beznadzieja a okazało się że w środku jest liściasta, całe liście w ogóle super! Widzicie, ja zakradłam się do kredensu żeby to pokazać! Też staram się żeby ten blog był fajny, chociaż jestem tylko kotką dachową.


Ta jest najlepszym odkryciem wśród nowości w saszetkach, i opakowanie jest bardzo ładne. Wśród takich zaparzanych w czajniczku ( tea pot) najbardziej nam przypadła do gustu ta:

 
Jest z cytrusami. Mama Pani najpierw wyparza wrzątkiem taki czajniczek, podobno Angole tak robią. Ja, jako kot, nie mam doświadczeń brytyjskich, ale ona zawsze tak robi i dopiero potem zaparza herbatę, w takim ogrzanym. Miała jeszcze zieloną z wiśnią Herbapolu, ale była tak mocno naaromatyzowana że nie dało się pić. Pani odstawiła to na miesiąc i jak ten aromat trochę zleżał, dopiero wypiła...



Pozdrawiam Was bardzo serdecznie - koteczka Claire!