Friday, 27 February 2015

Pochmurny dzień na łące

Od urodzenia mieszkam w Warszawie i choć często wkurzają mnie ludzie tu, kocham mazowiecki pejzaż. ( Wkurzają mnie niektórzy ludzie, ale innych lubię). Pejzaż mazowiecki jest nizinny, czasem pada zimny deszcz, ludzie są ubrani w tanie rzeczy z supermarketu, pod blokami zaparkowane są głównie nowe Toyoty, chłopcy w bluzach z kapturem piją piwo z puszek i albo coś jest rozkopane, w remoncie, albo jest jakiś zakaz czegoś albo trafi się dzikie miejsce, gdzie są kaczki , stado dzików lub chudy lis. ( Mniej - więcej tak to jest)


W któryś z pochmurnych dni poszłam z suczką na łąkę, obok jest duża stacja benzynowa i zarośla, bo kiedyś były tu domki z ogródkami. Dlatego mój blog nazywa się "Dzikie jabłka", one tu są, orzechy włoskie, mirabelki, czasem przyjeżdżają starsi ludzie i płaczą albo zaczepiają i opowiadają jak kiedyś tu było. Minusem tej łąki jest że trzeba tu iść z psem na smyczy, bo jest spory ruch i dopiero na miejscu można ją puścić. Jednak często nikogo nie ma i to jest wielki plus. Kiedyś podeszłam do tych zarośli i znalazłam szałas z gałęzi choinkowych ale w środku było około 50 butelek po piwie, to wycofałam się ( niedaleko jest noclegownia dla bezdomnych). Kiedy indziej w krzakach siedział młody biznesmen w drogim garniturze i z teczką i jarał blanta - prawie zemdlał ze strachu jak go nakryłam. Warszawa jest moim miastem i nawet jeśli wyjadę stąd będę ją stale miała w sercu.




Byłyśmy tu żeby sprawdzić czy tą ścieżkę rowerową już wyasfaltowali, ale jak widać nie. Jest tu tyle super ścieżek i możliwości rowerowych że spokojnie poczekam a suczka nie jeżdzi na rowerze. Na szczęście moje przeziębienie odeszło jednak po wypiciu Fervexu. W ogóle teraz rzadko choruję - teraz, czyli odkąd pracuję głównie w domu i nie stykam się z masą ludzi, nie jeżdżę codziennie metrem etc.

Monday, 23 February 2015

Wiejski placek tuńczykowo- szpinakowy

Jest to pyszny placek, który w przepisie jest z dodatkiem kalafiora, ale ja zrobiłam bez niego i też był super. Nie mam nic przeciwko kalafiorowi i następnym razem go dodam, akurat teraz tak wyszło. Jak wiecie, takie placki są moim ukochanym jedzeniem i co jakiś czas piszę o nich. Ten robiłam pierwszy raz - przepis był w książce, którą znalazłam na regale z książkami gratis w bibliotece publicznej. Ja też wiele razy zostawiałam tam jakieś książki, ale na pewno nie były o takich plackach... Poprzedni właściciel wyciął nożyczkami niektóre przepisy, nie bardzo to rozumiem, bo przecież w ogóle nie musiał pozbywać się tej książki. Dość dziwny zwyczaj, ale cóż, i tak zostało sporo ciekawych propozycji.


Okładka tej książki jest wyjątkowo okropna, może dlatego ktoś ją oddał? W środku są dania nie tylko kuchni włoskiej, ale dużo jest północno-afrykańskich, niektóre bardzo ciekawe - zupa rybna albo kuchnia grecka. Ten placek jest z Włoch.



Potrzebne są następujące składniki: szpinak 1 kg ( ja dałam tylko takie płaskie mrożone opakowanie), średni kalafior ( nie dałam), 125 ml oliwy z oliwek extra vergine, 200 g sera Provolone albo mozarelli ( dałam opakowanie mozarelli takie jak na zdjęciu), 180 g tuńczyka z puszki, odsączonego z zalewy, 12 wydrylowanych czarnych oliwek ( dałam dużo więcej) i jeszcze dodałam cebulę, której nie było w przepisie. Do ciasta: drożdże świeże 15 g lub 7 suszonych ( dałam świeże), łyżeczka cukru, 3/4 szklanki ciepłego mleka, 350 g mąki, łyżeczka soli, 2 łyżki oliwy extra vergine.
Rozmrożony szpinak smaży się na patelni z pokrojoną cebulą, na oliwie, i ewentualnie z tym kalafiorem. Piekarnik nagrzewa się do 200 stopni - ostatnio przepaliła się żarówka w moim. Ciasto, które, jak możemy przyjąć, już wyrosło, dzieli się na dwie części - 1/3 i 2/3. Potrzebna jest tortownica o średnicy 25 cm- nie wiem jaką moja ma średnicę. Chyba złą, bo okazało się że ciasta było trochę za mało i nie starczyło na dekoracyjne przykrycie. Na szczęście to nie było dla gości...





Tortownicę trzeba posmarować oliwą. Większą część ciasta należy rozwałkować na placek grubości 3mm. Wylepia się tortownicę i brzegi, w to wkłada się nadzienie z patelni i przykrywa się plackiem z tej mniejszej części. U mnie on był w kawałkach więc może nie było to eleganckie ale w ogóle placek był bardzo smaczny.



Tyle zostało i rano było na zimno na śniadanie, ja lubię taki placek też na zimno.
Aktualnie opiłam się Fervexu, bo wczoraj chodziłam w wiosennej kurtce i przeziębiłam się a jutro mam mnóstwo rzeczy do załatwienia. Chyba będę musiała wypić jeszcze jeden na noc bo jakoś mi nie przeszło. Zazwyczaj jeśli pierwszego dnia wypiję Fervex, on mnie usypia na kilka godzin i budzę się zdrowa. Dzisiaj obudziłam się i nie przeszło mi.



Placek piecze się około 30- 35 minut albo trochę dłużej. Wierzch smaruje się oliwą przed wstawieniem do piekarnika i nakłuwa się widelcem, chyba że jest taki jak mój... Claire nie rozumie że to jest obrus.

Thursday, 19 February 2015

Na zakupy z torbą w koty

Witajcie everybody, kotka Claire powróciła na blog! Jesienią pisałam sporo postów, potem mi się nie chciało ale czytałam felietony innych futer i znowu chcę pisać. Time to be creative! Dziś opowiem Wam jak Ona chodzi na zakupy, konkretnie raz jak była i co przyniosła. Człowieki polują w ten sposób - Ona ma przynętę i torbę na łupy, przynętę trzyma w sakwie z obrazkiem myszy, to jest zrozumiałe!



Wtedy ja czekam aż wróci i będzie rozpakowywała torbę. Ta torba jest w koty i służyła wcześniej do szczytnych działań na rzecz kotów z działek. Moja Baba nie kupiła sama takiej torby, ale dostała ją od mamy, która wcześniej brała udział w godnym pochwały projekcie pomocowym. Na działkach były organizowane dyżury dokarmiania kotów w zimie, już kilka lat temu. Co prawda nikt z tych Człowieków nie ma działki ale zarówno Ona jak i jej matka chodziły na działkę znajomych dokarmiać. Wtedy zamówiono tę torbę w sprzedaży wysyłkowej z jakiegoś katalogu Selec. Mają świadomość, że to totalny kicz, ale  była specjalnie na działkę, "do kotów". Potem projekt kontynuował ktoś inny, zresztą teraz nie ma zim, i Ona chodzi z tą torbą do osiedlowego supermarketu.



Tu widzimy płyn do prania "Lovela", Moja Baba kupuje go w trosce o ryby i środowisko wodne, bo proszki do prania, a szczególnie Calgon, są bardzo nieekologiczne. To jest płyn do prania rzeczy dla niemowląt, ale nadaje się dobrze do wszystkiego - Baba kupuje to już kilka lat. Czasem kupuje Perwoll ale głównie to, pięknie pachnie i polecamy Wam. Ja , kocica Claire, interesuję się praniem, bo mój domek w kratkę stoi na pralce. Kiedyś włączyłam to, Baba była w szoku i mówiła że dobrze nastawiłam pokrętło na 40, tylko właśnie nie wlałam płynu... Ale to  specjalnie tak, wersja radykalnie ekologiczna! Od tego czasu wyjmuje wtyczkę z kontaktu. A przecież chciałam pomóc! Nacisnęłam łapką guzik i przekręciłam pokrętło, łapiąc muchę przy okazji! Ależ ze mnie zdolna kotka!



Ostatnio ma bardzo na punkcie wszystkiego, co kozie. Ten twarożek jest najdroższy i najlepszy, a przecież to już wszystko jedno czy się zapłaci 9 czy 11 złotych. Rolada jest przepyszna, niestety suczka też ją lubi i strasznie żebrze, a ja nie przepadam za tym... Ona nie je kiełbasy, czasem tylko taką bez konserwantów i to są jej zamienniki kiełbasy. Na szczęście ja czasem dostaję polędwicę albo szynkę z indyka!



Kupiła też łososia, to nie jest wędzony, tylko surowy i często kupuje też marynowanego w IKEI. Uważam że jedno opakowanie to za mało, ale podobno trzeba dużo przynęty na to... Moja Baba nie je wędzonego łososia ( je bardzo rzadko- jak ktoś ją poczęstuje tylko), oczywiście wędzonego na zimno tak. Wędzenie na ciepło jest rakotwórcze i tu Ona zgadza się z dyrektywami UE, ale w sprawie cynamonu i gałki muszkatołowej nie. Ja też uważam że gałka powinna być, głównie taka nie zmielona, bo to się fajnie toczy...
Poza tym widzimy małe pomidory, też lubię to toczyć, to są polskie. Lepiej jest kupić polskie bo wtedy nie przyczyniamy się do zanieczyszczenia środowiska spalinami podczas transportu. Ma bakłażana, którego robi na rozmaite sposoby, chleb chrupki- czasem kupuje w IKEI, bo ma na punkcie takich szwedzkich chlebów i ma fioła na punkcie tych herbat w puszkach Arizona! Dla mnie kupiła tylko Felixa... Dla mnie był tylko Felix :((


Moje wpisy z jesieni:
http://www.claireinacave.blogspot.com/2014/09/dzikie-jabka.html

http://www.claireinacave.blogspot.com/2014/10/niepowodzenie-uprawy-balkonowej.html

http://www.claireinacave.blogspot.com/2014/10/ciekawostki-ekologiczne.html

Tuesday, 17 February 2015

Dzień Kota

Co za wspaniały czas, tyle okazji! Był już Dzień Świstaka ( Claire interesuje się tym), Ostatki, Walentynki a teraz jeszcze Dzień Kota! A w perspektywie Dzień Kobiet... Podobno w tym roku świstak ugryzł w ucho samorządowca - czyli jest przebudzony. Jeśli jest przebudzony zima się kończy. Lubię te stroje, peleryny i cylindry, które towarzyszą oględzinom świstaka. Jest też Dzień Pizzy, chętnie bym obchodziła to, ale zapomniałam kiedy...

Ostatnio długo rozmawiałyśmy z kotką Claire, która chce jednak powrócić na blog, chce sama pisać posty i w związku z tym właśnie Claire wybrała dla Was to video. Są to jej życzenia dla innych kotów, jak również dla ich Opiekunów, ze szczególnym uwzględnieniem Człowieków, którzy pomagają kotom chorym.

6 miesięcy




Ja z kolei chciałabym podziękować Claire za wszystko, złożyć Jej wyrazy szczerego szacunku i uznania i postanowiłam też wypłacić Jej premię śniadaniową za trud, jaki ponosi podczas pozowania do zdjęć - a teraz jeszcze będzie czasem pisać tu o mnie.
Róża rośnie niedaleko miejsca, w którym Claire została znaleziona i zaadoptowana ( szła w nocy po parkingu).
P.S. Dzisiaj zaczyna się Pedro`s Cup w Łodzi i Renaud Lavillenie będzie skakał!

Saturday, 14 February 2015

Walentynkowe galaretki z Auvergne



Kotka Claire życzy Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom Wszystkiego Najlepszego z okazji Saint Valentine`s Day ! Niechaj wielkie czerwone serce z aksamitu pojawi się przed Waszymi oczami!( A na tym leżę ja, Claire!)

Dziś, w ten wspaniały dzień, wybieramy się podróż marzeń do Auvergne, po polsku Owernia, region w centralnej Francji. Wszystko to z powodu wstrząsu, jaki spowodowały u mnie galaretki.


Owocowe, w pięciu smakach -5 saveurs: abricot ( morelowy), cassis ( porzeczkowy), fraise ( truskawkowy), orange ( pomarańczowy), poire ( gruszkowy) !!!
Kupiłam je tak sobie, na próbę, i okazało się że są takie dobre... W ogóle nie przypuszczałam że galaretki owocowe mogą być tak wyśmienite! Albo to, co u nas się tak określa, to nie są galaretki tylko jakaś nędzna imitacja, to zupełnie coś innego... Autentycznie odjechałam na punkcie tych galaretek pates de fruits d`Auvergne :)


Zaniosłam jedne mamie i zachwalałam je, a ona wzruszyła ramionami i powiedziała: " Ale kiedyś  były tylko takie". Podobno po wojnie i potem w PRL, aż do lat 70-tych wczesnych nasze też były takie dobre i Wedel robił jabłkowe w czekoladzie, podobne do tych francuskich. Mama twierdzi że te są jak domowe i że " babcia też takie robiła". Bo to nie jest taki kolorowy sok tylko miąższ owocowy. Do tego ja wolę jak nie są w czekoladzie. Te są posypane bardzo drobnym cukrem. Kosztują 20 złotych około, ale naprawdę warto.

" En Auvergne, region riche en fruits ( abricots et pommes notamment) la " confiture seche" est decrite des le XVeme siecle. Produit de luxe, le sucre de canne est rare, la pate de fruits est alors l`apanage des riches et offerte en cadeau aux hotes de marque de passage. La confiserie se developpe avec l`industralisation du sucre de betterave et l`installation sous Napoleon III d`une sucrerie pres de Clermont- Ferrand. Cette epoque correspond a l`essor du thermalisme en Auvergne et de la mode des salons de the qui feront connaitre les pates de fruits dans l`Europe entriere."




Dawno już zjedzone, a teraz o Auvergne. To moja osobista podróż marzeń, którą projektuję już kilka lat, to znaczy czytam o Owernii, orientuję się w cenach i co warto zobaczyć. Pierwsza rzecz, nie opłaca się tam jechać bez naprawdę dobrego aparatu fotograficznego. Drugie, to nie opłaca się jechać na krócej niż dwa miesiące... Jest tam tyle średniowiecznych zabytków, festiwale muzyki klasycznej, piękne krajobrazy, jedzenie. Płaskowyż i łagodne wzgórza, wody mineralne ( Vichy, Volvic), krowy rasy Cantal i ser o tej nazwie, sztuka koronkarska, fabryka opon Michelin. Stolicą regionu jest miasto Clermont- Ferrand. W Auvergne wykształcił się oryginalny miejscowy styl romański, jest tu wiele średniowiecznych katedr, bazylik, opactw i architektury miejskiej. Na średniowiecznym szlaku pątniczym do Santiago de Compostela w Hiszpanii leży słynne niegdyś sanktuarium maryjne Rocamadour ze słynną rzeżbą Czarnej Madonny.

Ale co zrobić z suczką na dwa miesiące? Jej koleżanka była rok temu w Hiszpanii, jechała samochodem i wszystko było podobno dobrze. Jednak zanim ja kupię ten super aparat, suczka się zestarzeje i może żle się czuć w samochodzie. W rezultacie przez psa trudno jest wybrać się gdzieś daleko... Ale jak można rozstać się z kimś takim?

5 miesięcy

Wednesday, 11 February 2015

Magnolia i kość

Na końcu możecie obejrzeć genialny występ Elisaviety Tuktamyshevej na Mistrzostwach Europy w Sztokholmie, oczywiście zwyciężyła tym! W tym roku w Eurosporcie było mało łyżwiarstwa figurowego, bo wszystko dawali w Eurosporcie 2, za który nie chce mi się płacić... Wyobrażam sobie czasem że to ja tak jadę, w orientalnym klimacie. Ona jest chyba z Gruzji, chociaż startuje w barwach Rosji i może stąd to jest takie wschodnie. Ja oczywiście nie miałabym szans w tym sporcie, jako osoba, jak to się mawia " grubokoścista" -  kiedy ona już siedzi z trenerami widać jaka jest drobna, a przecież przy innych zawodniczkach wygląda na grubaskę.

Poza tym najpierw był śnieg a teraz stopniał. Magnolie w parku mają już duże pąki i obawiam się czy ten kilkudniowy lekki mróz im nie zaszkodzi.


Tak było jeszcze przed tym śniegiem. Niektóre magnolie owinęli jakimś ohydnym plastikiem ale te nie. Średnio się na tym znam, ale lubię drzewa i krzaki. Suczka znowu wpierniczyła kość, najpierw tańczyła taniec radości - podrzucanie kości i dzikie miny typu " Nie uda ci się tego mi zabrać!", a potem konsumpcja... Nadszedł labrador, ona go nie widziała i okazało się że ja mówię: " uważaj, idzie labrador!". To znaczy że ona mnie złamała, ale prawda jest taka że psu nie da się odebrać kości. Jeszcze mówiłam: " Kochanie, ja ciebie obronię!", bo to było na środku łąki i nikt nie słyszał. Zresztą to chyba jest normalne żeby rozmawiać z psami? Labrador odszedł...





Po kości trzeba się napić wody z kałuży! Ona w ogóle bardzo taką lubi, dla niej to jest jak Perrier albo Primavera ( to moja ulubiona ostatnio). W domu ma wodę oligoceńską, przywożoną w baniakach ze studni albo nawet mineralną, ale dalej pije na dworze. Myślałam że nie lubi kranówki, ale teraz to już nie wiem. Wygląda to trochę dziwnie i ludzie mnie zaczepiają albo co gorsza sami do niej mówią, czego nie lubię. Ja jednak pozwalam jej, bo robi tak odkąd ją dostałam i nigdy jeszcze nie była chora.

Saturday, 7 February 2015

Olejek arganowy i moje włosy

Jakiś czas temu kupiłam w Rossmanie małą buteleczkę olejku arganowego do włosów, ale to nie jest moje pierwsze spotkanie z arganem. Od kilku już lat kupuję sobie czasem coś z tym, głównie dlatego że  zapach  bardzo mi odpowiada i chyba jest jakoś podobny do mnie. Wydaje mi się że moja osobowość jest zawarta w tym olejku, chociaż może jest jeszcze coś co by równie wiele mówiło o mnie, na przykład kwiaty piwonii. I dzikie jabłka, oczywiście.




To jest jeden z moich sposobów na życie, wymyślanie jaki kwiat albo zapach jest do mnie podobny, bardzo to polecam! Raczej kobietom, bo faceci chyba wolą porównywać się z tygrysami albo samochodami, w każdym razie w młodszym wieku, zresztą nie wiem - różnie to bywa ( z facetami).
O tej metodzie pracy nad sobą nie przeczytałam w amerykańskim poradniku psychologicznym ale sama ją wymyśliłam. Nie jestem też psychologiem, raczej blisko mi do nauk społecznych i wiedzy o sztuce, niezależnie jednak od wszystkiego ta metoda jest dobra. Wypisuje się około 50 znanych kwiatów i potem wybiera się jeden, tak samo zapachy. Przegania to smutek, jaki może nieraz dopaść człowieka na mazowieckiej równinie.

Wracając jednak do arganu, podstawowe informacje o nim to: pochodzi z Maroka, jest dobry dla skóry i w kuchni, kupując go pomagamy arabskim kobietom w prowadzeniu własnej działalności, o czym więcej jest pod linkiem:


Jest tam zakładka "Koleje rzeczy", gdzie przeczytałam bardzo ciekawe informacje o stworzeniu spółdzielni dla marokańskich kobiet, procesie produkcji itp, tylko nie działa link do tej zakładki, więc dałam do strony głównej, też jest ciekawa jeśli ktoś niewiele wie o drzewie arganowym.

www.zdrowie.dziennik.pl

Mój olejek z Rossmana wylewam sobie na włosy i chodzę tak. Oczywiście to nie wygląda super, ale potem te włosy są takie miłe w dotyku i nawet jakby wzmocnione. W jakiś dzień kiedy siedzę w domu polewam się tym i potem tak śpię, a jak muszę wyjść to zakładam czapkę. To jest super, bo on pięknie pachnie a potem się zmywa. Moje włosy ostatnio bardzo się osłabiły i tak wyglądały zanim zaczęłam leczyć je arganem:



Potem mijały dni i tygodnie i teraz wyglądają jakoś tak:


Na Gwiazdkę dostałam jeszcze inny olejek, firmy Bielenda, on jest w spray`u i nie tylko do włosów, też do skóry i chyba do paznokci. Mam nadzieję że po długotrwałej kuracji moje włosy staną się jak "złoto Maroka".




www.podroze.onet.pl



P.S. Właściwie czasem wydaje mi się że moja osobowość odzwierciedla się w konwalii. A Wasze?

Wednesday, 4 February 2015

Brukselka ugotowana na parze



Po 10 minutach sama zeszła! Po prostu trzeba nakrywać wcześniej, ona sobie poleży, potem można postawić tam talerz, czyli właściwie nie narzekam.
Brukselka jest jednym z moich ulubionych warzyw, szczególnie odkąd pierwszy raz ugotowałam ją na parze. Wtedy zorientowałam się ile traciłam wcześniej - woda wypłukiwała z niej cały smak. Na parze ma orzechowy, trochę jakby tłusty smak, zupełnie inny niż gotowana w wodzie. Jest to też jedyne warzywo, które bardzo lubi suczka, a pies powinien jeść warzywa.




Samo gotowanie na parze jest bardzo proste. Do garnka wlewa się wodę, trzeba mieć taką nakładkę i pokrywkę. Ja kupiłam nakładkę w IKEA, za około 30 złotych, więc nie jest to wielki wydatek.
Dostałam tez niedawno wspaniałą angielską księgę o prowadzeniu domu. Czytanie jej to świetny sposób na zły nastrój. Bardzo lubię takie stare książki! (To oczywiście jest reprint, ale co to szkodzi, chociaż się nie rozlatuje!)



To bardzo solidna publikacja z pięknymi rysunkami warzyw, owoców i deserów a także mioteł, bo te porady obejmują też sprzątanie. Właśnie tam pierwszy raz zobaczyłam jak wygląda brukselka jako roślina, moim zdaniem jest bardzo fajna. Chętnie bym ją uprawiała w ogródku, gdybym go miała.



Sunday, 1 February 2015

Wieczorny spacer z suczką

Zawsze żałuję że nie mieszkam w Stanach, bo wtedy mogłabym wyjść w pyżamie. Na przykład w pyżamie i w długiej bluzie od dresu albo w swetrze- tunice. W zimie czasem wychodzę w pyżamie, ale tylko w takiej, która jest właściwie spodniami od dresu i to w kolorach neutralnych ( szare, granatowe). Chciałabym wyjść w takich flanelowych spodniach w kratę albo w kolorowe paski ale Warszawa jest jednak jeszcze za bardzo prowincjonalna na to. Trend tego typu kiełkuje i czasem spotykam jakąś sąsiadkę, która szeptem mówi ; " Jestem w piżamie" ale najczęściej też jest w ciemnej.




Suczka na wieczorny spacer zawsze wychodzi z chrupkami z jagnięciną i traktuje to w sposób bardzo poważny. Kiedy była szczeniaczką ktoś mi doradził żeby mieć przy sobie chrupki, wtedy pies nie będzie uciekał. Co prawda ona nigdy nie uciekała, ale parę razy, raczej dla zabawy, je zabrałam. Potem okazało się że ona płacze rozpaczliwie i nie chce wyjść w ogóle jeśli widzi że nie mam ich przy sobie . ( Bardzo zwraca na to uwagę).






One są w pudełku z IKEA , które było za 5 zł, to jest taki lunch-box dla dziecka do szkoły. Wspaniale pasuje też na chrupki. Przesypuję je przed wyjściem do małego pudełeczka z metalu. Jest to mój wynalazek, polegający na tym że chrupki wydają dżwięk, kiedy się potrząśnie pudełeczkiem. Ten dżwięk bardzo dobrze wpływa na suczkę, zawsze wtedy przybiega! Chrupki wybrała sobie sama, bo poszłam z nią do budki na osiedlu i właściciel zrobił jej test. Na podłodze leżały próbki różnych smaków i ona wybrała te... Po dłuższym namyśle ( Te zjadła jako pierwsze). Nie wiem nawet jak się nazywają - są dosyć drogie, ale ona nie je suchego jako główny posiłek i kupuję nie tak dużo.






Z tymi chrupkami chodzimy sobie i spotykamy znajomych. Wiele psów też wychodzi z chrupkami i czasem następuje ceremonialna wymiana poczęstunków, a czasem tylko ja karmię jakiegoś kumpla suczki. Zasada jest taka żeby zawsze zapytać właściciela czy można nakarmić jego psa. To jest ważne bo są psy na diecie, które mają alergie pokarmowe i można bardzo zaszkodzić.
Wczoraj byłyśmy o 22.00, bo o 22.30 w Eurosporcie miała być relacja z halowego mityngu lekkoatletycznego w Karlsruhe, a ja bardzo lubię oglądać zawody lekkoatletyczne. No i przedłużył się jakiś mecz Pucharu Narodów Afryki czy jakoś tak, nawet był ciekawy, ale potem jeszcze był program o tenisie, na którym się nie znam. W końcu dali te zawody i chociaż już zasypiałam obejrzałam R.  Lavillenie , którego bardzo lubię, on skacze o tyczce.




Potem wracamy i one idą spać. Wtedy ja zakradam się do kuchni, żeby zjeść sobie cokolwiek bez świdrującego spojrzenia małych, ciemnych oczek. Wtedy one się budzą...